Sonoma przylot
» » Sonoma przylot

Sonoma przylot

wpis w: Inspiracje | 3

Odosobnienie czas zacząć

Zaczynam miesięczne odosobnienie medytacyjne na górze Sonoma nieopodal San Francisco w Kalifornii. Już na samym początku Ameryka powitała mnie jak i tysiące innych osób świeżym dekretem wprowadzonym przez prezydenta. Rzeczywiście kolejka na lotnisku była olbrzymia. Trudno się otrzepać po tym wszystkim. Z każdego kąta póki co wystają jakieś dziwne rzeczy, wrażenia, energia.

Pierwszy dzień

Dziś jest dzień wolny, startujemy od jutra wieczorem. I dobrze. Siedzę sobie na górze, poza światem. Nie wiem czy stąd lepiej widać, widać na pewno inaczej. Jet-lag powoli odpuszcza, zresztą zawsze łatwiej było lecąc do USA niż z powrotem. Spałem bardzo długo. Teraz mam wrażenie, że jestem bliżej pogodzenia się z tutejszym czasem. Miałem różne majaki senne. W tym i taki. Chyba wynikał trochę z krótkiej wymiany poglądów na temat zmian politycznych, przedziwnie podobnych w Polsce i USA. Przyśniły mi się takie słowa.

Stan umysłów

Stan umysłów świata współczesnego to stan zranionego dziecka, niepewnego swojej przyszłości, niepewnego swoich sił, wypełnionego lękiem i przekonaniem o własnej bezwartościowości. Stan zranionego narcyza. A do tego samotnego, porzuconego. Jakoś zadziwiająco wiele objawów wskazuje na to, że tak jest.

Kultura celebrycka, której ludzie pragną jest być może podszyta tęsknotą do oglądania kogoś, kto potrafi siebie kochać, a do tego kocha siebie bez najmniejszych wątpliwości. Obecność celebryty gwarantuje wysoką oglądalność, mniej ważne są inne walory widowiska. Podobnie tak rozumiem popularność różnych osób, które świadczą usługi co najmniej wątpliwej jakości. Zła reklama im nie przeszkadza, bo nie chodzi o racjonalność i sprawdzalne argumenty, ale czystą postać miłości własnej. Wygląda to tak, jakby ludzie myśleli: „Skoro on może siebie tak bezwarunkowo kochać, może i ja się tego nauczę.” Celebryckość jest uzasadnieniem sama dla siebie. Nie trzeba żadnych dowodów, skoro widać gołym okiem skuteczność działania, w postaci niezakłóconej, głębokiej miłości własnej osoby. Dlatego aktorzy, piosenkarki, politycy i inni sławni ludzie mogą wypowiadać się tonem eksperckim na dowolny temat: wychowanie, etyka, historia i co tylko im do głowy przyjdzie. Mało kto szuka racjonalnych argumentów. Zresztą i tak można dowieść dowolną tezę, więc czemu sobie w ogóle tym głowę zaprzątać.  Pragnie się jak powietrza, miłości samego siebie.

Selfizm. Podobnym objawem jest robienie zdjęć właśnie spożytego posiłku, właśnie odwiedzonego sławnego miejsca na świecie, właśnie odniesionego kolejnego sukcesu. I to jest w porządku, że ludzie się chwalą, ale zaczyna być zastanawiające, jeśli nie robią nic innego. Jest to zrozumiałe jeśli się jest dojrzewającym nastolatkiem, ale zaczyna być zastanawiające jeśli robią to też babcie. Jak wiemy jest cała kultura robienia sobie samemu zdjęć, jest nawet specjalny Selfie dron, czyli urządzenie, które lecąc z przodu robi zdjęcia  osobie.

Moja grupa jest lepsza od Twojej. Gdzieś w tle rosnących nacjonalizmów tli się przekonanie o tym, że moja grupa odniesienia, jest lepsza od innych grup. A ono z kolei być może jest wynikiem „przerażającej” wizji, że nie jest się nikim wyjątkowym. To, że każdy ma jakąś narodowość jest tylko przypadkowe, jest wynikiem splotu różnych okoliczności. Gloryfikowanie swojej grupy jest napędzane niskim poczuciem własnej wartości, tak, żeby moc się oprzeć  chociaż o jakąś solidną identyfikację, np. przeszłych i wielkich sukcesów narodowych.

Natychmiastowa gratyfikacja. Znowu cała kultura konsumpcjonizmu jest oparta o zasadę natychmiastowej gratyfikacji. Stąd wynika popularność kursów: „Stań się mistrzem (w dowolnej sprawie) w ciągu czterech dni”. Reklamy obiecują, że kupno produktu, np. tabletki, raz na zawsze i co, równie ważne, szybko rozwiąże problemy ze smutkiem, samotnością, czy czymkolwiek innym. Zranione dziecko nie ma czasu, musi natychmiast rozwiązać palący problem.

Nie wiem czy zraniony narcyzm jest głównym, na pewno niejedynym, czynnikiem napędzającym dzisiejszy świat. Wiem, że jest obecny i to dość silnie. Z góry to widać wyraźnie. Widać też jak bardzo sam jestem tym wypełniony. Jeszcze mnie jakoś interesuje świat zewnętrzny, ale powoli odchodzi.

 

A na samym końcu pojawiła się i taka refleksja: jeśli coś idzie źle, to znaczy, że idzie dobrze. O tym będzie dalej. Nie dzisiaj.

3 Odpowiedzi

  1. Tak sobie myślę, że narcyz kocha siebie powierzchownie – na pokaz. W głębi duszy czuje się niekochany oraz nie może się z tym pogodzić, stąd ten przymus ciągłego udowadniania sobie i całemu świat, że jest inaczej.

    • zuzanna h.
      | Odpowiedz

      A ja sobie myślę, że nie ma czegoś takiego, jak „narcystyczne kochanie siebie, powierzchowne, na pokaz”. Może faktycznie czuje się niekochany, ale nie jest możliwe (wg mnie, oczywiście :)) kochanie siebie na pokaz. Kogoś innego – owszem (choć to wówczas nie jest miłość, ale to na inną dyskusję), ale siebie – nie.

      • Ada
        | Odpowiedz

        …bo to nie jest wówczas prawdziwe kochanie siebie, prawdziwa miłość nie potrzebuje blasku fleszy i poklasku… „narcystyczne kochanie siebie”-brzmi oksymoronicznie, jak dla mnie nie jest to miłość, tylko substytut usilnie próbujący udawać coś, o czym ma blade pojęcie…

Zostaw Komentarz